Tagged: Literatura

Reportaż literacki a literatura faktu

Jedno z poniższych opowiadań znalazło się w zbiorku pod nazwą „Hotel Ansgar”, wydanym w roku 1948. Była to właśnie „Niedziela w Stavanger”.

Zbiorek cieszył się pewnym powodzeniem i dość szybko znikł z półek księgarskich. Pojawiły się recenzje, na adres mój zaczęły napływać listy od czytelników. Zarówno w recenzjach – w sposób ironiczno taktowny – jak i w listach – w sposób prosty i bezpośredni – przewijał się ten sam motyw ukrytych lub otwartych zapytań: czy to wszystko prawda? czy zdarzenia, zawarte w opowiadaniach, są zmyślone czy prawdziwe? Czy bohater nowel i autor to ta sama osoba? Czy autor to wszystko sam przeżył?

Wydaje mi się, że największym przywilejem zwierzeń jest szczerość, zwykła szczerość, płynąca z chęci dokładnego zbadania sprawy. Pragnę skorzystać z tego przywileju i odpowiedzieć na te pytania – na pytania, które padły, i na pytania, które być może znów się zjawią, na to pytanie wreszcie, które zrodziło się niedawno we mnie, gdy zagłębiłem się w część starych maszynopisów, by je przygotować do druku. Pytanie brzmiało: jak to w istocie było naprawdę? Bo przecież wspomnienia zacierają się tak nieuchronnie i tak łudząco…

Otóż opowiadania, zawarte w pierwszej części tego tomiku, zawierają prawdę. Prawdę kompilacyjną. Znaczy to, że poszczególne fakty, opisane w nich, miały miejsce w rzeczywistości, nie wszystkie jednak były tak uszeregowane i powiązane ze sobą, jak to ma miejsce w fabułach nowel. Nie wszystkie z nich były udziałem jednego bohatera – jak to trochę sugerują nowele – i nie wszędzie z kolei bohater nowel jest postacią jednoznaczną z autorem. Po prostu autor splótł własne przeżycia z zasłyszanymi w określonym czasie, środowisku i okolicznościach relacjami o zdarzeniach, wszystko dokładnie poplątał i pogmatwał i w ten sposób powstała nowa relacja – literacka – w której nikt, łącznie z autorem, nie może się dokładnie zorientować, zwłaszcza po tylu latach, gdzie, czyj autentyzm do kogo się odnosi. Autentyczność zdarzeń jest niewątpliwa, lecz zarówno czytelnik, jak i autor padają ofiarą wspomnieniowych perspektyw – autora w dodatku gubi styl narracji, utrzymany w pierwszej osobie. Realia opowiadań są wystarczająco przekonywające i sprawiają, że czytelnik przyjmuje je bez poprawki na literackość. Stąd pierwszy, nieodparty wniosek: opowiadający przeżył to wszystko sam, zaś opowiadający to…

Leopold Tyrmand w przedmowie do zbioru opowiadań pt. „Gorzki smak czekolady Lucullus”, Warszawa 1956 r.

 

Narracja w reportażu

Niedawno sporo się mówiło o narracyjnej prawdzie gatunku. Choćby o tym, czy reporter musi trzymać się kolejności zdarzeń, czy może z kilku historii zrobić jedną, a z dosłowności przechodzić w parabolę.

Tymczasem wciąż mało się mówi o prawdzie zapisanej rozmowy. Rejestracja co do słowa daje bełkot dobry w poezji lub nowoczesnym dramacie, ale nie w reportażu. W reportażu trzeba tworzyć ekwiwalent spotkania. Pisać zdanie tak, żeby oddawało syntezę słów i klimatu, mądre ciepło, głupi chłód i na odwrót. Trzeba mieć słuch i translatorską smykałkę.

Giacomo mówi po włosku z lampedusańskim akcentem, łagodniejszym niż sycylijski. Rozmawiając, biegnie za synkiem, żeby nie rozbił głowy, je, karmi córeczkę, pije wodę, dzieli swoją uwagę między kilka osób, słucha wielu głosów. Czysty zapis nie oddałby jego mowy.

Jarosław Mikołajewski „Wielki przypływ”, Dowody na Istnienie 2015
fragm. str. 50-51