Tagged: konflikty

Wojna widziana okiem korespondenta/reportera wojennego

Nic nie nauczyło mnie takiej pokory i cierpliwości jak wojna. By zaobserwować, jak toczą się walki, i coś z nich zrozumieć, trzeba wysiedzieć niezliczone godziny. Scenariusz zawsze jest taki sam. Wykonuję kilka telefonów, za każdym razem otrzymując numer jakiegoś nowego oficera prasowego, który odpowiada za dany sektor, brygadę, batalion czy jeszcze coś innego. Po rotacji numery stają się bezużyteczne, więc muszę co kilka miesięcy zbierać nowe. Przyjeżdżam do sztabu, który czasami może być oddalony o kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, do którego chcę dojechać. Tam czekam – raz dłużej, innym razem krócej, ale nigdy nie jest tak, że wszystko załatwiam od ręki. Jeśli mam szczęście i oficer nie wychodzi z grymasem na twarzy, to znaczy, że może będzie skłonny do współpracy. Jadę z nim do bazy konkretnej jednostki, w której on próbuje przekonać dowództwo, że warto mnie wziąć. Jeśli nie spodobam się oficerowi, ma zły dzień, nie lubi dziennikarzy lub po prostu się boi, to mała szansa, że zechce kogoś do czegoś przekonywać; może mnie zbyć od razu na początku. Wszystko zależy od chęci. Po uzyskaniu zgody może mnie zabrać w najważniejsze i – co zazwyczaj z tym się wiąże – najbardziej niebezpieczne miejsce albo oprowadzić w ramach standardowej „wycieczki” dla dziennikarzy, a wówczas pokaże mi rzeczy, które widziałem wielokrotnie i dobrze wiem, że dawno straciły na znaczeniu. Zapytam, czy może jednak da się zobaczyć coś innego. On wówczas rozłoży ręce i powie: „Dowództwo zabrania”. Jeśli będę mieć więcej szczęścia, oficer prasowy skieruje mnie w pożądane miejsce i zostawi z wojskowymi. (To daje największe szanse, żeby przygotować ciekawy materiał, bo nie mam na karku cenzora, który wcina się wojskowym w słowa, a przede wszystkim chce jak najszybciej wrócić do ciepłego sztabu i niczym się nie przejmować). Tam jednak najpierw będę musiał… czekać, czasem kilka godzin, aż zapadną jakieś decyzje lub nadejdzie zmiana, która ma mnie zabrać. Usiądę więc przy niechlujnie zbitym drewnianym stole pod siatką maskującą. Miną kolejne godziny i może coś się uda. Z naciskiem na „może”. Zazwyczaj upychają mnie tam, gdzie nic nie da się nagrać i niczego się nie dowiem. Po prostu tkwię jak słup bez konkretnego celu. Szybko dochodzę do wniosku, że to kolejna stracona doba, bo żadnego materiału z tego nie skleję. Mogę próbować następnego dnia i jeszcze kolejnego, by żołnierze mnie poznali, oswoili się ze mną, a wtedy może gdzieś mnie wreszcie zabiorą. Pod warunkiem, że wcześniej mnie stamtąd nie wyrzucą. (Dlatego oficerowie chcący pracować z mediami są na wagę złota. Niektóre moje wyjazdy nie byłyby tak udane, gdyby nie trafili się oficerowie, którzy nie bali się niczego i każdy wyjazd sprawiał im przyjemność).

Załóżmy, że wszystko poszło zgodnie z planem i trafiam do miejsca przeznaczenia. Rozglądam się dookoła i mam poczucie, że znowu coś tu nie gra. Wszystko wygląda inaczej, niż sobie wyobrażałem. Myślałem w napięciu, że trafię do piekła, gdzie kule latają nad głowami i przeżycie graniczy z cudem, a znowu widzę facetów w klapkach, próbujących zabić czas nieustannym chodzeniem z miejsca na miejsce i gapieniem się w niebo lub szukających czegokolwiek, co oderwie ich od mdłej codzienności. To nie to, co widziałem w relacjach wojennych.

Na ten paradoks już dawno temu zwróciła uwagę Susan Sontag. W zbiorze esejów O fotografii, wydanym po raz pierwszy pod koniec lat 70. ubiegłego wieku, pisała: „Czerpiąc wiedzę o świecie (sztuce, katastrofach, pięknie przyrody) z fotografii, często doznajemy zawodu, zdziwienia lub obojętności, gdy widzimy oryginał”. W czasach, gdy wojna toczy się niemal z myślą o relacji online, to poczucie jeszcze bardziej się wzmaga. Zapamiętane starannie wyselekcjonowane kadry makabrycznych zniszczeń i wystrzeliwanych rakiet różnią się znacząco od tej strasznej szarej codzienności. Pokazują bowiem tylko wycinek rzeczywistości. Krótki urywek. Ten najbardziej dynamiczny i makabryczny, przez co zdaje się, że konflikt toczy się bez przerwy. To pułapka, którą zastawiają przede wszystkim media wizualne, chociaż nie robią tego ze złej woli. W krótkiej relacji ma się znaleźć to, co zainteresuje redakcję i widzów. Ani jedni, ani drudzy nie będą chcieli oglądać, czytać czy słuchać materiału O tym, Że nic się nie dzieje. Jeśli chcę zrobić coś ciekawego, wybieram kadry tak, by w materiale było jak najwięcej akcji, dramatyzmu, by przyciągnąć widza do ekranu i nie dać mu odejść. Przez to wielokrotnie umykają takie zjawiska jak to, że czasami „piekło” trwa dwie godzinny dziennie albo że od stosunkowo spokojnego życia dzielą je dwa, trzy kilometry. Krajobraz gwałtownie się zmienia, a atmosfera nagle zaczyna przygniatać, chociaż jeszcze dwadzieścia minut temu dojadałem sałatkę w restauracji, gdzie wojnę co najwyżej słychać. Te przeplatające się obrazy nędzy i normalności są zawsze najbardziej szokujące. Dotyczy to także z jednej strony gwałtowności wojny (zacięte walki mogą rozpocząć się nagle i nieoczekiwanie ucichnąć), a z drugiej – jej rytmiczności (wymiana ognia odbywa się prawie codziennie, mniej więcej o tej samej porze). Temu rytmowi, jeśli chce się przeżyć, trzeba się podporządkować.

Paweł Pieniążek „Wojna, która nas zmieniła”, Krytyka Polityczna (2017), str. 268-271