Narracja w reportażu

Niedawno sporo się mówiło o narracyjnej prawdzie gatunku. Choćby o tym, czy reporter musi trzymać się kolejności zdarzeń, czy może z kilku historii zrobić jedną, a z dosłowności przechodzić w parabolę.

Tymczasem wciąż mało się mówi o prawdzie zapisanej rozmowy. Rejestracja co do słowa daje bełkot dobry w poezji lub nowoczesnym dramacie, ale nie w reportażu. W reportażu trzeba tworzyć ekwiwalent spotkania. Pisać zdanie tak, żeby oddawało syntezę słów i klimatu, mądre ciepło, głupi chłód i na odwrót. Trzeba mieć słuch i translatorską smykałkę.

Giacomo mówi po włosku z lampedusańskim akcentem, łagodniejszym niż sycylijski. Rozmawiając, biegnie za synkiem, żeby nie rozbił głowy, je, karmi córeczkę, pije wodę, dzieli swoją uwagę między kilka osób, słucha wielu głosów. Czysty zapis nie oddałby jego mowy.

Jarosław Mikołajewski „Wielki przypływ”, Dowody na Istnienie 2015
fragm. str. 50-51

Reporterskie rozmowy z drugim człowiekiem

Ryszard Kapuściński powiedział mi kiedyś, że w życiu nie przeprowadził ani jednego wywiadu. W pierwszej chwili wydaje się to zaskakujące, ale jednocześnie jest zupełnie oczywiste. Kapuściński nie mógł przeprowadzić żadnego wywiadu, bo nie zadawał pytań: czekał, aż ludzie sami zechcą mu o sobie opowiedzieć. To jedna z najważniejszych zasad reportażu: nie pytać, tylko czekać. Budować klimat, namiastkę przyjaźni. Zaplanowanej, lecz autentycznej. Jeśli konieczne – spalać dystans z prędkością prochu. Ale koniecznie wejść do środka, do kresu. Pytać o poglądy, nawet o fakty – to kapitulacja, przegrana z czasem, charakterem. Bardzo często znaczy to tyle, co wymuszać jakąkolwiek odpowiedź. Nie respektować prawdy o człowieku, któremu potrzebna jest wewnętrzna gotowość, by coś opowiedzieć. Potrzebny jest nastrój. Naturalny poród słowa. Pod presją pytania wypowiadamy słowa wymuszone, jałowe. Często nietrafne. Choć bywa i tak, często, że to nieuchronne – pytać wprost. Bo rozmówca dał ci godzinę, tę właśnie, nie inną.

Jarosław Mikołajewski „Wielki przypływ”, Dowody na Istnienie 2015
fragm. str 21-22

Pogromy ludności żydowskiej w czasach caratu

W dniu 14 czerwca [1906 roku] w Białymstoku, z balkonu domu na rogu ul. Niemieckiej i Aleksandrowskiej, rzucono bombę w momencie gdy przechodziła tamtędy (pierwsza po czterdziestu latach) procesja katolicka. Jednocześnie w sąsiedniej dzielnicy zaczęto strzelać do procesji prawosławnej. Była to prowokacja czarnej sotni. Na miasto wysłano policję i wojsko, które strzelało „na postrach” — do okien i zamykanych pospiesznie sklepów żydowskich.

Po raz pierwszy użyto w Polsce metod wypróbowanych przez prowokatorów w Kiszyniowie, Homlu i Odessie. W Białymstoku poległo 70 Żydów i 6 chrześcijan, raniono ponad 300 ludzi. Ciężko rannych — wobec braku miejsc w szpitalach — przewieziono do Warszawy i tu zmarło jeszcze 30 osób.

W Białymstoku obrabowano 169 sklepów żydowskich. Komisja wysłana tam przez Dumę stwierdziła, że pogrom Żydów był przygotowany w porozumieniu z miejscowymi władzami administracyjnymi.

Na posiedzeniu Dumy głos w sprawie tych bestialskich wystąpień zabrał poseł wileński, Tyszkiewicz, rozpoczynając od stwierdzenia, iż w Polsce, gdzie Żydzi mieszkają od wieków, nigdy dotąd nie było pogromów.

Po orzeczeniu komisji i po tym przemówieniu wkrótce Dumę rozwiązano. W reskrypcie swym car zarzucał posłom z Dumy, że „zboczyli w nie należące do nich dziedziny i wtrącali się do czynności władz mianowanych przez niego”.

W odpowiedzi carowi Duma wydała odezwę do narodu.

Kazimierz Pollack „Ze wspomnień starego dziennikarza warszawskiego” PIW 1961, fragm. str. 283-284

Prowokacje (rewolucyjne) przyczyną i skutkiem zamachów oraz morderstw

Zacznijmy od uściślenia znaczenia terminu: „prowokacja”. „Jeśli nie będzie prowokacji, zamach się nam uda” – powiada rewolucjonista. W tym sensie wyraz „prowokator” oznacza tylko szpicla, który się wcisnął w szeregi rewolucjonistów i składa denuncjacje do policji. Powszechnie się mówi „prowokatorzy” w znaczeniu konfidentów, czyli ludzi, którzy należąc do środowiska rewolucyjnego jednocześnie są na usługach policji.

[…]

Konfident to po prostu szpieg, obserwuje pewne zjawiska i o nich informuje swoją zwierzchność. (…) Natomiast prowokator to coś o wiele więcej niż szpieg. Jest to człowiek, który wywołuje pewne fakty, stwarza je, aby na tym tle dać okazję policji do ujmowania przestępców i otrzymywania za to odpowiednich nagród.

[…]

Psychologia prowokacji występuje w zupełnie podobnych objawach u oficerów policji, którzy ją organizują, jak u agentów, którzy ją uprawiają. Jest to psychologia jakiegoś wyżywania się w zdradzie. (…) Odpowiadała im atmosfera zabójstw i zdrady. Jeśli byli z natury tchórzami, czemuż nie opuścili szeregów rewolucyjnych, czemuż asekurowali swoje nędzne życie wydawaniem towarzyszy.

Klasycznym typem prowokatora był inżynier Jewno Azef, urodzony w Łyskowie, w powiecie wołkowyskim, tam gdzie znajduje się grób poety Franciszka Karpińskiego. Rodzice jego to byli biedni Żydzi, on sam skończył gimnazjum, ukradł osiemset rubli, pojechał do Karlsruhe na politechnikę i stamtąd napisał do Departamentu Policji, że obserwuje tu koło socjalistyczne i rewolucyjne, studenckie, że mógłby o nim przesyłać wiadomości. Koła takiego nie było, ale Azef sam je założył i od czerwca 1893 roku jest na pensji policyjnej, która się stale podnosi, chociaż Azef jednocześnie systematycznie zbiera ofiary na rewolucję i ofiary te kradnie.

Stanisław Mackiewicz – Cat „Europa in flagranti”, Instytut Wydawniczy PAX 1975, fragm. str.66-71

 

Praca fizyczna a praca umysłowa

„Wysiłek umysłowy może stać się pracą jedynie przez związek swój z pracą fizyczną i wpływ swój na nią” – Stanisław Brzozowski, filozof i publicysta nurtu Młodej Polski

Praca fizyczna, a więc praca wyłącznie mięśni. Jest to praca typowa dla konia lub wołu. Człowiek poruszający łopatą już kieruje tą łopatą przy pomocy swoich władz umysłowych. Właściwy postęp ludzkości polega na tym, że w pracy ludzi coraz mniejszą rolę odgrywają mięśnie, coraz większą intelekt. Robotnik z łopatą jest w zaniku w naszej cywilizacji, w zamian za niego mamy montera, majstra, maszynistę, inżyniera. Na tym właśnie polega postęp. Degradacja pojęcia pracy do wysiłku mięśniowego to obraza ludzkości. Według powyższej definicji Brzozowskiego praca Einsteina nie byłaby pracą, ponieważ nie miała elementów pracy fizycznej.

Stanisław Mackiewicz – Cat „Europa in flagranti”, Instytut Wydawniczy PAX 1975, str.63

Nazwy cyklonów i tajfunów

– Dlaczego – pytam – tajfuny zwie się tylko imionami kobiet? Dlaczego nie Jędruś, Zyzio albo Kazio? – Okazuje się, że kiedyś jakiś synoptyk, występujący w powieści „Burza” George’a Stewarta, nazwał imieniem „Maria” wiatr szalejący nad Stanami. Od 1953 roku zwyczaj ten stosowany jest oficjalnie przy nadawaniu imion tajfunom. – Na Oceanie Spokojnym – mówi Anglik – są cztery kolejne listy z imionami żeńskimi, uporządkowanymi według alfabetu. Pierwszy tajfun roku nie zaczyna się od „A” – jak to się dzieje z huraganami – ale ma imię kolejne po swym poprzedniku. Żadne imię nie zaczyna się od liter: Q, U, X, Y, Z.

Lucjan Wolanowski „Klejnot Korony. Reporter w Hongkongu w godzinie zarazy”,
Czytelnik 1963, str. 84-85