Linearny System Ciągły

                W 1972 roku (Zofia i Oskar Hansenowie) opracowują Linearny System Ciągły, koncepcję urbanistyczną, która ma odmienić życie mieszkańców Polski, a potem świata. Dziś Zofia mówi, że pomysł był Oskara. On sam wielokrotnie podkreślał, że pracowali nad nim wspólnie. Tak czy inaczej – koncepcja LSC zrywa z centrycznymi miastami, których średnica z roku na rok powiększa się, nie gwarantując ludziom równego dostępu do usług i dóbr kultury zlokalizowanych w ich środku.

– Wtedy był renesans, artyleria i mury, cały czas adaptujemy tamten system – narzeka Oskar. – System linearny ułatwi człowiekowi kontakt z wielką liczbą, ale tak jak on chce, bez konieczności nieustannego przebywania w tłoku, tak jak jest to w centrycznym mieście.

Hansenowie proponują powiązanie polskiego wybrzeża z górami czterema pasmami zabudowy (Wschodnim, Mazowieckim, Zachodnim I i Zachodnim II). Każde z nich ma przebiegać wzdłuż największych polskich rzek, bo to właśnie one gwarantują najlepszy przepływ powietrza. Pomiędzy nimi znajdować się mają tereny rolnicze, lasy, obszary przeznaczone na rekreację i turystykę. Dopiero za taką naturalną strefą buforową umieszczone zostaną najbardziej uciążliwe zakłady przemysłowe i instytuty badawcze. Za nimi znowu natura – lasy i pola, i wreszcie następne pasmo zabudowy mieszkaniowej zamieszkane przez od dziesięciu do piętnastu milionów ludzi. Wszystkie te pasma połączone są z sobą bezkolizyjną komunikacją poprzeczną, ich szerokość jest warunkowana parametrem trzydziestominutowego dotarcia do pracy. Komunikację wzdłuż osi północ – południe ma zaś zapewniać Szybka Kolej Miejska i drogi.

Hansenowie chcą przemeblować całą Polskę, ale nie chcą niczego burzyć. Proponują, by zachować zabytkowe miasta i włączyć je do systemu. Zmniejszając zaludnienie, umożliwi się korzystanie z ich walorów tym, którzy w nich pozostaną.

Mieszkańcy Linearnego Systemu Ciągłego żyć będą między wysokiej klasy cywilizacją, a otwartymi terenami zielonymi. Będą otwierać okna i patrzeć na sarny biegające na skraju lasu. Potem wyjdą z domu, przejdą sto metrów i wsiądą do kolejki, która powiezie ich do pracy albo w odwiedziny do przyjaciół.

Koncepcja jest odważna, nie jest jednak czymś zupełnie nowym, podobne pomysły pojawiały się już wcześniej. W 1966 roku krakowski architekt Włodzimierz Gruszczyński zaproponował Miasto Wstęgowe Sprzężonej Komunikacji. Kilka lat później na Politechnice Warszawskiej powstaje koncepcja Systemu Koncentracji Liniowej, czyli gigantycznego miasta ulokowanego wzdłuż doliny Wisły, łączącego Warszawę, Płock, Włocławek i Bydgoszcz. Wszystkie te pomysły nie wyszły jednak poza fazę koncepcji. A Hansenowie, ogłaszając swój Linearny System Ciągły, mieli go już w części wybudowany.

Jeśli spojrzeć bowiem na mapę powstałego dziesięć lat wcześniej osiedla Słowackiego w Lublinie, z łatwością można stwierdzić, że kompleks ten idealnie wpisuje się w pasmo Wschodnie LSC. Co więcej – Hansenowie na zlecenie władz przygotowują też koncepcję rozbudowy Przemyśla oraz opracowują studium dla Ursynowa Północnego. We wszystkich tych opracowaniach forsują wizję miasta linearnego.

Gdy LSC zostaje ogłoszony, większość specjalistów puka się w czoło. Nazywają Hansena utopistą. Zygmunt Skibniewski grzmi, że LSC nie pomoże nawet największy z poetów. Nawiązuje przy tym do Juliana Przybosia, który na łamach prasy zachwyca się koncepcją Hansena i wzywa posłów do zapoznania się z nią. Ostatecznie LSC nie wychodzi poza fazę projektów, jest jednak odpowiedzią na problemy, jakie zaczynają dotykać polskie miasta.

– Do dziś sobie z tymi problemami nie poradziliśmy. Pomysł Hansena to oczywiście była utopia – uśmiecha się profesor Konrad Kucza-Kuczyński – ale jakże to było szalone, porywające i jednocześnie logiczne. Dziś nikt już takich utopii nie wymyśla.

Filip Springer „Źle urodzone”, Wydawnictwo Karakter 2017 (wydanie 2) – str. 292-293 (rozdział pt. „List do Oskara Hansena”)

Reklamy

Urban sprawl – suburbanizacja

To, co w ciągu ostatnich dwudziestu lat wydarzyło się na warszawskiej Białołęce, naukowcy nazwali już dawno – to urban sprawl, czyli rozlewanie się miasta. Ten mechanizm jest dość prosty. Boom gospodarczy powoduje bogacenie się społeczeństwa. Coraz więcej rodzin myśli o kupnie własnego M, najlepiej na cichych i spokojnych przedmieściach. Zresztą w centrach miast zaczyna brakować działek pod budownictwo mieszkaniowe, deweloperzy rozglądają się więc po obrzeżach. Szybko powstają idylliczne osiedla, bardziej z nazwy niż lokalizacji. Idylla trwa dwa, trzy lata. Bo na przedmieściach mieszkać chcą jeszcze inni. Buduje się więc następne osiedla, trochę dalej, bardziej na obrzeżach.

Pojawiają się pierwsze problemy – bo z tych obrzeży trzeba dojechać, infrastruktura rozwija się jednak wolniej niż budownictwo. Komunikacji miejskiej brak, więc rodziny kupują samochody, samochody grzęzną w korkach, mieszkańcy zaczynają protestować. Zwłaszcza ci, którzy sprowadzili się tutaj pierwsi. Ich ciche osiedla przestały być ciche. Władze w końcu poszerzają drogę, deweloperzy wykupują grunty wzdłuż niej, reklamując swoje inwestycje jako doskonale skomunikowane z centrum. Wprowadzają się nowe rodziny, kupują kolejne samochody, grzęzną w jeszcze dłuższych korkach. Kolejne protesty, kolejne osiedla. To właśnie urban sprawl.

– Samo pojęcie powstało w Stanach Zjednoczonych i właściwie tylko tam mamy do czynienia z jego klasyczną odmianą – wyjaśnia doktor Michał Beim, urbanista z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – W Polsce rozlewanie się miast określamy raczej jako suburbanizację. Mechanizmy są jednak dość podobne.

Filip Springer „Źle urodzone”, Wydawnictwo Karakter 2017 (wydanie 2) – str. 191 (rozdział pt. „Drzewa” o osiedlu Sady Żoliborskie na warszawskim Żoliborzu, zaprojektowanym przez architektkę prof. Halinę Skibniewską)

Jak nie ubierać się na wojnie

Jacek Czarnecki, wieloletni reporter i korespondent z terenu różnych konfliktów zbrojnych pracujący dla Radia ZET, w książce pt. „Reporterzy.pl” będącej zbiorem rozmów z dziennikarzami i reporterami, autorstwa Doroty Kowalskiej i Wojciecha Rogacina, sugeruje jakich ubrań nie powinno się zakładać, gdy wokół toczy się wojna (a już na pewno jakich ubrań nie powinni zakładać dziennikarze relacjonujący wojnę):

Na wojnie trzeba ubierać się tak jak miejscowi, a nie jak żołnierze, prawda?

Właśnie tak. Nawet gdybym w tym stroju – buty są wojskowe, spodnie i koszula cywilne – pojechał do Afganistanu, to mógłbym mieć problemy. Takie ubrania noszą kontraktorzy, czyli cywilni pracownicy, którzy byli kiedyś w wojsku – ochroniarze, uważani często za prywatne armie. Najlepsze na wojnie są dżinsy albo zwykle płócienne spodnie. Jak najmniej elementów wojskowych, bo za jedną taką rzecz można zginąć. Nie noszę na wojnie wojskowych rzeczy, oprócz obuwia, ale tego nie przeskoczę. Nie włożę na długi wyjazd butów, w których jest mi niewygodnie. A w tych się czuję jak w kapciach, chodzę w nich cały rok – w zimie i w lecie. Noszę wojskowe ciuchy, bo po prostu je lubię, poza tym są higieniczne, wytrzymałe, zawsze szyte mocnymi nićmi, wytrzymują dużo prania. Mam kurtki, które kupiłem… nie wiem… piętnaście lat temu i noszę je do tej pory. Kiedyś miałem schizę na brytyjskie ciuchy, bo z Iraku przywiozłem sobie mundur Royal Marines. Dostałem potem kilka kompletów, do dzisiaj je mam. Uważam, że są fantastyczne. To bawełniane rzeczy, idealne na upał.

Wróćmy do tego ubierania się po cywilnemu na wojnie. Wiemy, że zawsze dawałeś innym dziennikarzom rady, jak się przygotować czy choćby ubrać: zdejmij to moro, zdejmij te wojskowe spodnie, bo na własne życzenie pakujesz się w kłopoty!

Nie mogłem komuś nie dać dobrej rady na wojnie, bo sam kiedyś korzystałem z takich rad. Mnie też ktoś kiedyś powiedział, chyba w byłej Jugosławii: „Nie noś wojskowych rzeczy”. Jak wyjdziesz na ulicę w wojskowych rzeczach, to zwracasz na siebie uwagę, zwłaszcza w tych warunkach – nawet cywilne spodnie z bocznymi kieszeniami mogą sprowadzić na ciebie nieszczęście. Ekipa jednej z polskich telewizji została pobita, dlatego że chłopak miał buty, które napastnicy uznali za wojskowe. To było w Iraku. Było bicie pistoletami po głowach, ale nie mogę powiedzieć, o kogo chodzi, bo to nigdy nie zostało upublicznione. Taki drobiazg i można mieć albo zniszczoną twarz, albo zniszczone życie. W Kosowie spotkałem się z czymś takim, że Albańczycy z UÇK byli maksymalnie wkurzeni, kiedy zobaczyli w naszym samochodzie błękitne hełmy i błękitne kamizelki. W tamtych czasach nosiło się jeszcze ONZ-owskie rzeczy, nie miałem swojej kamizelki, więc pożyczałem. Jeździłem wtedy z AFP, oni mieli niebieskie kamizelki, więc brałem właśnie od nich. Ale przez długi czas w ogóle nie jeździłem w kamizelce kuloodpornej, miałem ją w bagażu, ale jej nie używałem, bo ciężko się w niej ucieka. Z Estebanem mieliśmy taką przygodę. Esteban miał pełną, ciężką kamizelkę z płytami przeciw pociskom z kałasznikowa. Mówię: „Po co to wozisz, człowieku? A jak zaczną strzelać, trzeba szybko wysiadać z samochodu. Zdejmuj tę kamizelkę, włożysz ją, jak wyjdziesz, bo tak będzie problem”. I jak strzelali… nie do nas, ale w ogóle strzelali, to było w Basrze… dałem po hamulcach, wyskoczyliśmy z Miładą i pobiegliśmy nagrywać materiał, a Esteban, jak żółw w tej swojej kamizelce, nie mógł się wygrzebać. Jak w końcu wyskoczył, to było po zawodach. Najlepszy moment, który mógł sfilmować, przeszedł mu koło nosa. Poza tym jak wygląda dziennikarz, który idzie do miejscowych, mając na sobie kamizelkę i hełm? Zdarzały się polskie ekipy, które tak „uzbrojone” chodziły po jakiejś miejscowości, i nie wiem, czy miały dobre nagrania.

Dorota Kowalska, Wojciech Rogacin – Korespondenci.pl, Czarna Owca (2014), fragm. str. 57-59 (fragmenty książki – w tym m.in. cała rozmowa z Jackiem Czarneckim – w postaci elektronicznej – formaty: ePub oraz mobi)

Wojna widziana okiem korespondenta/reportera wojennego

Nic nie nauczyło mnie takiej pokory i cierpliwości jak wojna. By zaobserwować, jak toczą się walki, i coś z nich zrozumieć, trzeba wysiedzieć niezliczone godziny. Scenariusz zawsze jest taki sam. Wykonuję kilka telefonów, za każdym razem otrzymując numer jakiegoś nowego oficera prasowego, który odpowiada za dany sektor, brygadę, batalion czy jeszcze coś innego. Po rotacji numery stają się bezużyteczne, więc muszę co kilka miesięcy zbierać nowe. Przyjeżdżam do sztabu, który czasami może być oddalony o kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, do którego chcę dojechać. Tam czekam – raz dłużej, innym razem krócej, ale nigdy nie jest tak, że wszystko załatwiam od ręki. Jeśli mam szczęście i oficer nie wychodzi z grymasem na twarzy, to znaczy, że może będzie skłonny do współpracy. Jadę z nim do bazy konkretnej jednostki, w której on próbuje przekonać dowództwo, że warto mnie wziąć. Jeśli nie spodobam się oficerowi, ma zły dzień, nie lubi dziennikarzy lub po prostu się boi, to mała szansa, że zechce kogoś do czegoś przekonywać; może mnie zbyć od razu na początku. Wszystko zależy od chęci. Po uzyskaniu zgody może mnie zabrać w najważniejsze i – co zazwyczaj z tym się wiąże – najbardziej niebezpieczne miejsce albo oprowadzić w ramach standardowej „wycieczki” dla dziennikarzy, a wówczas pokaże mi rzeczy, które widziałem wielokrotnie i dobrze wiem, że dawno straciły na znaczeniu. Zapytam, czy może jednak da się zobaczyć coś innego. On wówczas rozłoży ręce i powie: „Dowództwo zabrania”. Jeśli będę mieć więcej szczęścia, oficer prasowy skieruje mnie w pożądane miejsce i zostawi z wojskowymi. (To daje największe szanse, żeby przygotować ciekawy materiał, bo nie mam na karku cenzora, który wcina się wojskowym w słowa, a przede wszystkim chce jak najszybciej wrócić do ciepłego sztabu i niczym się nie przejmować). Tam jednak najpierw będę musiał… czekać, czasem kilka godzin, aż zapadną jakieś decyzje lub nadejdzie zmiana, która ma mnie zabrać. Usiądę więc przy niechlujnie zbitym drewnianym stole pod siatką maskującą. Miną kolejne godziny i może coś się uda. Z naciskiem na „może”. Zazwyczaj upychają mnie tam, gdzie nic nie da się nagrać i niczego się nie dowiem. Po prostu tkwię jak słup bez konkretnego celu. Szybko dochodzę do wniosku, że to kolejna stracona doba, bo żadnego materiału z tego nie skleję. Mogę próbować następnego dnia i jeszcze kolejnego, by żołnierze mnie poznali, oswoili się ze mną, a wtedy może gdzieś mnie wreszcie zabiorą. Pod warunkiem, że wcześniej mnie stamtąd nie wyrzucą. (Dlatego oficerowie chcący pracować z mediami są na wagę złota. Niektóre moje wyjazdy nie byłyby tak udane, gdyby nie trafili się oficerowie, którzy nie bali się niczego i każdy wyjazd sprawiał im przyjemność).

Załóżmy, że wszystko poszło zgodnie z planem i trafiam do miejsca przeznaczenia. Rozglądam się dookoła i mam poczucie, że znowu coś tu nie gra. Wszystko wygląda inaczej, niż sobie wyobrażałem. Myślałem w napięciu, że trafię do piekła, gdzie kule latają nad głowami i przeżycie graniczy z cudem, a znowu widzę facetów w klapkach, próbujących zabić czas nieustannym chodzeniem z miejsca na miejsce i gapieniem się w niebo lub szukających czegokolwiek, co oderwie ich od mdłej codzienności. To nie to, co widziałem w relacjach wojennych.

Na ten paradoks już dawno temu zwróciła uwagę Susan Sontag. W zbiorze esejów O fotografii, wydanym po raz pierwszy pod koniec lat 70. ubiegłego wieku, pisała: „Czerpiąc wiedzę o świecie (sztuce, katastrofach, pięknie przyrody) z fotografii, często doznajemy zawodu, zdziwienia lub obojętności, gdy widzimy oryginał”. W czasach, gdy wojna toczy się niemal z myślą o relacji online, to poczucie jeszcze bardziej się wzmaga. Zapamiętane starannie wyselekcjonowane kadry makabrycznych zniszczeń i wystrzeliwanych rakiet różnią się znacząco od tej strasznej szarej codzienności. Pokazują bowiem tylko wycinek rzeczywistości. Krótki urywek. Ten najbardziej dynamiczny i makabryczny, przez co zdaje się, że konflikt toczy się bez przerwy. To pułapka, którą zastawiają przede wszystkim media wizualne, chociaż nie robią tego ze złej woli. W krótkiej relacji ma się znaleźć to, co zainteresuje redakcję i widzów. Ani jedni, ani drudzy nie będą chcieli oglądać, czytać czy słuchać materiału O tym, Że nic się nie dzieje. Jeśli chcę zrobić coś ciekawego, wybieram kadry tak, by w materiale było jak najwięcej akcji, dramatyzmu, by przyciągnąć widza do ekranu i nie dać mu odejść. Przez to wielokrotnie umykają takie zjawiska jak to, że czasami „piekło” trwa dwie godzinny dziennie albo że od stosunkowo spokojnego życia dzielą je dwa, trzy kilometry. Krajobraz gwałtownie się zmienia, a atmosfera nagle zaczyna przygniatać, chociaż jeszcze dwadzieścia minut temu dojadałem sałatkę w restauracji, gdzie wojnę co najwyżej słychać. Te przeplatające się obrazy nędzy i normalności są zawsze najbardziej szokujące. Dotyczy to także z jednej strony gwałtowności wojny (zacięte walki mogą rozpocząć się nagle i nieoczekiwanie ucichnąć), a z drugiej – jej rytmiczności (wymiana ognia odbywa się prawie codziennie, mniej więcej o tej samej porze). Temu rytmowi, jeśli chce się przeżyć, trzeba się podporządkować.

Paweł Pieniążek „Wojna, która nas zmieniła”, Krytyka Polityczna (2017), str. 268-271

Reportaż literacki a literatura faktu

Jedno z poniższych opowiadań znalazło się w zbiorku pod nazwą „Hotel Ansgar”, wydanym w roku 1948. Była to właśnie „Niedziela w Stavanger”.

Zbiorek cieszył się pewnym powodzeniem i dość szybko znikł z półek księgarskich. Pojawiły się recenzje, na adres mój zaczęły napływać listy od czytelników. Zarówno w recenzjach – w sposób ironiczno taktowny – jak i w listach – w sposób prosty i bezpośredni – przewijał się ten sam motyw ukrytych lub otwartych zapytań: czy to wszystko prawda? czy zdarzenia, zawarte w opowiadaniach, są zmyślone czy prawdziwe? Czy bohater nowel i autor to ta sama osoba? Czy autor to wszystko sam przeżył?

Wydaje mi się, że największym przywilejem zwierzeń jest szczerość, zwykła szczerość, płynąca z chęci dokładnego zbadania sprawy. Pragnę skorzystać z tego przywileju i odpowiedzieć na te pytania – na pytania, które padły, i na pytania, które być może znów się zjawią, na to pytanie wreszcie, które zrodziło się niedawno we mnie, gdy zagłębiłem się w część starych maszynopisów, by je przygotować do druku. Pytanie brzmiało: jak to w istocie było naprawdę? Bo przecież wspomnienia zacierają się tak nieuchronnie i tak łudząco…

Otóż opowiadania, zawarte w pierwszej części tego tomiku, zawierają prawdę. Prawdę kompilacyjną. Znaczy to, że poszczególne fakty, opisane w nich, miały miejsce w rzeczywistości, nie wszystkie jednak były tak uszeregowane i powiązane ze sobą, jak to ma miejsce w fabułach nowel. Nie wszystkie z nich były udziałem jednego bohatera – jak to trochę sugerują nowele – i nie wszędzie z kolei bohater nowel jest postacią jednoznaczną z autorem. Po prostu autor splótł własne przeżycia z zasłyszanymi w określonym czasie, środowisku i okolicznościach relacjami o zdarzeniach, wszystko dokładnie poplątał i pogmatwał i w ten sposób powstała nowa relacja – literacka – w której nikt, łącznie z autorem, nie może się dokładnie zorientować, zwłaszcza po tylu latach, gdzie, czyj autentyzm do kogo się odnosi. Autentyczność zdarzeń jest niewątpliwa, lecz zarówno czytelnik, jak i autor padają ofiarą wspomnieniowych perspektyw – autora w dodatku gubi styl narracji, utrzymany w pierwszej osobie. Realia opowiadań są wystarczająco przekonywające i sprawiają, że czytelnik przyjmuje je bez poprawki na literackość. Stąd pierwszy, nieodparty wniosek: opowiadający przeżył to wszystko sam, zaś opowiadający to…

Leopold Tyrmand w przedmowie do zbioru opowiadań pt. „Gorzki smak czekolady Lucullus”, Warszawa 1956 r.

 

Narracja w reportażu

Niedawno sporo się mówiło o narracyjnej prawdzie gatunku. Choćby o tym, czy reporter musi trzymać się kolejności zdarzeń, czy może z kilku historii zrobić jedną, a z dosłowności przechodzić w parabolę.

Tymczasem wciąż mało się mówi o prawdzie zapisanej rozmowy. Rejestracja co do słowa daje bełkot dobry w poezji lub nowoczesnym dramacie, ale nie w reportażu. W reportażu trzeba tworzyć ekwiwalent spotkania. Pisać zdanie tak, żeby oddawało syntezę słów i klimatu, mądre ciepło, głupi chłód i na odwrót. Trzeba mieć słuch i translatorską smykałkę.

Giacomo mówi po włosku z lampedusańskim akcentem, łagodniejszym niż sycylijski. Rozmawiając, biegnie za synkiem, żeby nie rozbił głowy, je, karmi córeczkę, pije wodę, dzieli swoją uwagę między kilka osób, słucha wielu głosów. Czysty zapis nie oddałby jego mowy.

Jarosław Mikołajewski „Wielki przypływ”, Dowody na Istnienie 2015
fragm. str. 50-51

Reporterskie rozmowy z drugim człowiekiem

Ryszard Kapuściński powiedział mi kiedyś, że w życiu nie przeprowadził ani jednego wywiadu. W pierwszej chwili wydaje się to zaskakujące, ale jednocześnie jest zupełnie oczywiste. Kapuściński nie mógł przeprowadzić żadnego wywiadu, bo nie zadawał pytań: czekał, aż ludzie sami zechcą mu o sobie opowiedzieć. To jedna z najważniejszych zasad reportażu: nie pytać, tylko czekać. Budować klimat, namiastkę przyjaźni. Zaplanowanej, lecz autentycznej. Jeśli konieczne – spalać dystans z prędkością prochu. Ale koniecznie wejść do środka, do kresu. Pytać o poglądy, nawet o fakty – to kapitulacja, przegrana z czasem, charakterem. Bardzo często znaczy to tyle, co wymuszać jakąkolwiek odpowiedź. Nie respektować prawdy o człowieku, któremu potrzebna jest wewnętrzna gotowość, by coś opowiedzieć. Potrzebny jest nastrój. Naturalny poród słowa. Pod presją pytania wypowiadamy słowa wymuszone, jałowe. Często nietrafne. Choć bywa i tak, często, że to nieuchronne – pytać wprost. Bo rozmówca dał ci godzinę, tę właśnie, nie inną.

Jarosław Mikołajewski „Wielki przypływ”, Dowody na Istnienie 2015
fragm. str 21-22