Elegia (dla) bidoków

O książce Hillbilly Elegy która jest dostępna także w polskim tłumaczeniu pod tytułem „Elegia dla bidoków” dowiedziałem się niedawno z felietonu Ziemowita Szczerka w tygodniku „Polityka”.

Przeglądając Netflix natknąłem się na ten amerykański tytuł i skojarzyłem z tytułem z felietonu. Postanowiłem go obejrzeć. I skupię się na wrażeniach po projekcji. Sam nie kieruję się recenzjami podejmując decyzję, czy obejrzeć dany film. Wiele razy rozczarowałem się, gdy zachwalany przez wielu recenzentów film okazał się (dla mnie) słaby, a filmy z niską oceną przypadły mi do gustu. Dlatego nie oceniam, póki nie zobaczę. A oglądam, jeśli dany temat, bohaterowie, czy wydarzenia przedstawione w opisie filmu zainteresują mnie na tyle, że zdecyduję się poświęcić czas na seans. W ogóle to staram się nie czytać recenzji, by uniknąć spoilerów zdradzających różne kluczowe momenty, więc będę bardzo oszczędny w opisach. Różne recenzje dotyczące ekranizacji „Elegii dla bidoków” przeczytałem dopiero po jej obejrzeniu.

Film zrealizowany trochę w klimacie „Co gryzie Gilberta Grape’a”, a trochę w stylu Disneyowskich produkcji familijnych, w których nagła zmiana sytuacji życiowej powoduje wielkie zamieszanie w życiu bohatera i zmusza go do podjęcia działań. Hillbilly Elegy to sprawnie pokazana historia głównego bohatera, chociaż w wielkim skrócie. Czasy współczesne przeplatane są retrospektywą z lat młodzieńczych. Doskonałe dwie role kobiece: matki i babki bohatera. I w zasadzie tyle. Bo film – niestety – wpisuje się w schemat budowania mitu Ameryki. I jest zrobiony ku pokrzepieniu serc.

Pokazuje tę Amerykę, w której sukces zależy od człowieka, gdzie szansa leży na wyciągnięcie ręki, pod warunkiem, że człowiek zdecyduje się po tę szansę schylić. Niestety, jest to obraz bardzo naciągany, nieuwzględniający wszystkich życiowych zmiennych.

Bohater, czyli J.D. Vance – autor książki Hillbilly Elegy, przedstawiony w filmie, ma niby swoim przykładem zaświadczać, że kariera od pucybuta do milionera jest możliwa. I że on – człowiek z nizin społecznych – ma prawo tak twierdzić. Prawda jest taka, że jemu się udało, co automatycznie nie oznacza, że wyjątek potwierdza regułę. Kontrprzykładem dla tej pozytywistycznej teorii jest postać jego matki.

Więcej zdradzać nie będę. Film ogląda się szybko, chociaż to 2 godziny. Jeśli ktoś czytał książkę to jako uzupełnienie może obejrzeć „Elegię dla bidoków”, by skonfrontować wydarzenia przedstawione przez J.D. Vance’a z filmową opowieścią. Szkoda tylko, że czegoś zabrakło w tym filmie, chociaż nie potrafię za bardzo uchwycić czego.

Jeśli ktoś gustuje w kinie społecznym, obyczajowym to jednak warto zobaczyć. Dla mnie ten seans to była odskocznia od serwowanej naokoło telewizyjnej papki, w stylu Avengers i innych tego typu produkcji.

Gorączka złota po Zagładzie

A jakby to było tu, w lasach między Tończą, Teofilówką a Krzemieniem? Powiecie: ale kolei brak. A jakby była? Do linii łączącej Małkinię z Sokołowem tylko piętnaście kilometrów. Co to jest piętnaście kilometrów bocznicy dla Niemca? I jakby stamtąd unosił się ten czarny dym i potem niesiony wiatrem osiadałby na słomianych strzechach, impregnując je ludzkim tłuszczem? I jakby z tych dołów nocą wstawała czerwona łuna? I czuć by było woń śmierci i to by weszło i w te strzechy, i w te ściany, i przez ściany do domów, weszło w rzeczy i w szafy, w ubrania i w pościel, świeżą, gotową dla gości? I jakbym w swoim beciku też to musiał poczuć, pierwszego dnia, gdy dziadek przyjechał po nas furmanką, i furmankę też by było tym czuć, i konia, i wszystko? Jak w Poniatowie i Wólce Okrąglik. I jakby oni wszyscy: dziadek, babka, ciotki, wujenki, stryjenki, cała wieś musieli patrzeć na wolno sunące wagony i nasłuchiwać odgłosów, których nigdy wcześniej nie słyszeli, i gdy zawiał wiatr, musieli czuć tę woń ni to ludzką, ni to zwierzęcą, ten smród brudu i śmierci, i nawet oni przyzwyczajeni do chlewów, obór, zdychania, padliny nie wiedzieliby, co z tym zapachem zrobić? Bo przecież ciągnął niby jeszcze od żywych, ale już nieistniejących.

Rzeka płynie, a ja od Bużysk patrzę na wieś po drugiej stronie. Pomiędzy nagimi drzewami widzę wieżyczkę kościoła. Ledwo pamiętam jego wnętrze, ale było jasne i przytulne, po wiejsku barokowe. Po ikonostasie nie został ślad. Nie pamiętam też przymusu. Czasami w niedzielę omijałem bramę i szedłem nad rzekę, na wzgórze, by patrzeć na drugą stronę. Parafia była pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, więc to nadrzeczne wzniesienie mogło być lokalną górą Tabor. Gehenna leżała trzydzieści kilometrów na północny zachód. A gdyby tu? Przychodziłbym z wiejskimi chłopakami na pola popiołów, na zasypane doły, na zatarte ślady. Pod pomnik z kamienia.

Naiwny szczyl z miasta ze znajomością szkolnej historii. Chłopaki wiedziałyby więcej. Od ojców, od dziadków, z rozmów dorosłych przy wódce. Mówilibyśmy o złocie. Złoto rozpalałoby naszą wyobraźnię tak samo jak seks. Skarby. Złoto jest wieczne, więc czulibyśmy je pod stopami. Poprzez popioły. Mogę sobie to wyobrazić. Tę wyspę skarbów. I naszą rozmowę przy tanim winie. Ze ten to to, że tamten tamto, że zaraz po wojnie to się znajdowało, że wystarczyło pokopać, że nikt nie pilnował, że leżało prawie na wierzchu, grzebnąć i już, przesiać popiół i ziemię i zaraz się błyszczało. A nie strach? Jaki strach? Ani tu trupa nie było, ani kości, nic. Strach na cmentarzu jest, a nie na takiej pogorzeli, że siać trzeba, żeby w ogóle coś. Tak byśmy rozmawiali. Ze jeden to, drugi tamto stąd ma. Dach z blachy, chlew z cegły i jeszcze pochowane na zaś.

Tak byśmy rozmawiali, złoto nocą świeciłoby z ziemi. Może byśmy nawet przyszli szarą godziną pokopać nieśmiało tu czy tam. Chłopcy zawsze szukają skarbów. A jeszcze w miejscu, gdzie na pewno są… No ale to było trzydzieści kilometrów dalej, więc zamiast schodzić do Gehenny, przesiadywaliśmy na górze Tabor i zamiast za złotem tęskniliśmy za Białostockiem. Przynajmniej ja. No ale teraz patrzę na drugi brzeg i wyobrażam sobie, że jednak, że idą przez las, niby ostrożnie, ale niosą szpadle, łopaty jak na jakiś późny pogrzeb, sita do siania prochów, wódkę na odwagę, bo chociaż spalone i żydowskie, to jednak kość się trafi, pusty oczodół wyjrzy, więc niby nie trupy, ale jednak trupy.

Wyobrażam sobie, jak gdzieś na boku po dwóch, po trzech rozważają: iść nie iść, jak kobiety mówią: „Ani mi się waż”, a inne, że tak, bo przecież wszyscy chodzą, i wieczorami szeptem, żeby dzieci nie słyszały, przy wątłym płomyku albo już w łóżku, w ciemnościach, które tylko blask złota rozświeca. Bo przecież niczyje leży w pokładach popiołów, które są jak przedwieczny minerał, jak geologia: wapń, krzem, potas, pierwiastki, a nie żadne życie. Więc niczyje, zostawione na przepadek, bo ziemia wchłonie głębiej i głębiej, i na wieki wieków, i nikomu nic z tego. Tak. Bo ich już nie ma tak bardzo, jakby nigdy nie było. Dym i minerał. I jak w alchemii złoto wydestylowane z bytu. Więc trzeba iść, idźmy, bracia nędzni, bracia z chałup pod strzechą nasiąkniętą tłuszczem, bracia, idźmy, bo się należy za nędzę, za rabi garb, idźmy nawet w noc, bo blask podziemny nam poświeci. Tak sobie wyobrażam, stojąc w chłodnym i srebrzystym świetle wczesnej zimy. Jak na kolanach przegrzebują warstwy rękami, w które ziemia wżarła się na zawsze. Nawykli do wykopków, do wilgotnego gruntu, do zgiętego grzbietu. Stoję na drugim brzegu, nad metalicznym nurtem i myślę o nich, jak idą po niczyje, bo nie może być czyjeś, należące, skoro kogoś nie ma.

I to nawet nie, że umarł, ale po prostu go nie ma, bo ciało zmieniło się w dym i pył, czyli w nic. I nawet jak była dusza, to przecież inna i nie nasza. Tak musieli myśleć, żeby odegnać strach. A może tylko słuchali instynktu. Więc przymykam powieki i widzę, jak rozkopują i grzebią, czujni, niewinni i zachłanni. Bardziej pomysłowi kupują za samogon trotyl od Ruskich i detonacjami rwą pokłady popiołów, by potem cierpliwie je przesiewać, aż pojawi się błysk, blask kruszcu albo kamienia. Może dom byłby murowany i pod blachą? Więc od razu inne dzieciństwo. Inne odgłosy, inne zapachy, wszystko inaczej. Szepty po kątach. Półsłówka. Czarne cienie pamięci. Zawiść. Strach, że przyjdą nocą, żeby odebrać. Bo kiedy złoto raz zabłyśnie, nie gaśnie już nigdy. Świeci przez ściany, przez podłogi, przez drewno i przez mur, świeci na całą wieś i na przyszłość, bo jest nie do zapomnienia i świeci do śmierci. Wyobrażam sobie, że byłbym wtedy z bogatszego domu i sam byłbym inny dzięki żydowskiemu złotu, i żyłbym jak z połkniętą trucizną, nie wiedząc, kiedy zadziała.

Andrzej Stasiuk „Wschód”, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015 – wydanie I, str. 109-112

W ostatnich latach ukazało się wiele publikacji poświęconych poszukiwaniom złota należącego do ofiar Holokaustu. Podejmujące ten temat najszerzej to wydawnictwa książkowe: „Płuczki” Pawła Piotra Reszki (Wyd. Agora, 2019), a także wydane wcześniej, bo w 2011 „Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów” Jana Tomasza Grossa (Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2011).

Lublin(, który mógłby być stolicą Polski)

Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu niedającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. Handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę.

Andrzej Stasiuk „Wschód”, Wyd. Czarne, Wołowiec 2015 – wydanie I, str. 92

Świat i człowiek – rzeczywistość w obiektywie

Wstrząsające to, co widział i dokumentował za pomocą aparatu fotograficznego i wspaniałe to, co robi (oby jak najdłużej) dla świata, w którym przyszło mu żyć. Sebastião Salgado. Dokument o nim pt. Sól ziemi, prezentowany na festiwalu Docs Against Gravity (i nagradzany na wielu festiwalach na świecie) można (jeszcze przez chwilę, bo do końca poniedziałku 18.05.2020) obejrzeć na portalu Ninateka (Sól ziemi). Prawie dwugodzinny, pełnometrażowy dokument wyreżyserował  Wim Wenders, a pomagał mu w tym syn głównego bohatera – Juliano Ribeiro Salgado.

[Tym wpisem rozpoczynam nową kategorię: Film. Do tej pory jakoś nie miałem okazji prezentować tu, czy polecać produkcji wideo. Z książkami sprawa jest o niebo łatwiejsza: bierzesz interesujący Cię cytat i to on ma robić robotę. Z filmem jest trudniej. Trzeba go jakoś opisać, by zachęcić a jednocześnie nie zdradzać zbyt wiele i nie odbierać tym samym przyjemności (z) oglądania. Generalnie blog ma zwracać uwagę na różne rzeczy, a to Ty ostatecznie – czytelniczko, bądź czytelniku (o ile w ogóle tacy tutaj są) – (z)decydujesz się sięgnąć po prezentowane dzieło.]

Salgado, podobnie jak Kapuściński zdecydował się opowiadać świat. W przeciwieństwie do niego nie był z zawodu reporterem (Kapuściński miał za sobą studia humanistyczne) – stał się nim. Zamiast notesu i maszyny do pisania wybrał aparat (nota bene aparat, który kupiła jego żona, bo był jej potrzebny do pracy, ale jemu tak się spodobało fotografowanie, że zrezygnował z dobrze płatnej pracy jako ekonomista-analityk przygotowujący raporty dla międzynarodowych organizacji, w tym dla ONZ).

„Sól ziemi” to dokument o życiu Sebastião Salgado. Jego syn – Juliano Ribeiro, współtworzący film, jest jednocześnie współbohaterem. Postanowił towarzyszyć ojcu podczas jednej z fotograficznych eskapad. I nie po to, by zasmakować awanturniczego stylu życia podróżnika, ale by zrozumieć co kierowało jego ojcem, gdy opuszczał dom na wiele miesięcy, by realizować swoje fotograficzne projekty. Ich światy się przeplatają.

W pierwszej części dokumentu widzimy historię początków Salgado z fotografią i dalsze 30 lat zajmowania się robieniem zdjęć. Gdy musiał wyjechać z Brazylii i został dzięki temu obywatelem świata. Mieszkał w Paryżu, w Londynie, a potem też w innych miejscach. Dokumentował ginące plemiona Amazonii i Indonezji, katastrofy humanitarne i konflikty zbrojne.

Wiele z jego zdjęć to kadry, które zapadną w pamięci na zawsze. Nie da się ich wymazać. Każdy powinien je zobaczyć. Na nich to, co robimy jako ludzie i jacy jesteśmy. Ikoniczne obrazy.

Przygnieciony ciężarem ludzkiego nieszczęścia postanowił fotografować przyrodę – jej zmiany, to, co robi z nią człowiek i to, jak ona się broni przed ludźmi ostatkiem sił. Zdjęcia miały być jego hołdem dla Natury. O tym opowiada druga część dokumentu Wima Wendersa i syna Sebastião Salgado.

Gdy na początku lat 90-tych mógł już legalnie i bezpiecznie wrócić do Brazylii odwiedził rodziców na ich dawnej farmie. Niegdyś zielona oaza, porośnięta drzewami i łąkami, po wielu latach zamieniła się w jałowy step. Drzewa z okolicznych lasów ojciec Salgado sprzedawał, by zapewnić synowi i 7-miu córkom wykształcenie, a na łąkach wypasał bydło, które utrzymywało rodzinę. Zdołowany tym widokiem Sebastiao wraz z żoną postanowił ożywić ten teren i przywrócić mu dawne życie. Zaczęli – początkowo na niewielką skalę – zalesiać okoliczne wzgórza. Wiele drzew się nie przyjęło, ale oni nie rezygnowali. Do nich dołączyli inni wolontariusze do sadzenia i już prawie przemysłowo zaczęli razem hodować sadzonki i ukorzeniać drzewa. Udało im się i do tej pory zasadzili ponad 2,5 miliona drzew, a teren, który był ojcowizną Salgado za zgodą rodziny został przekształcony w park krajobrazowy i otwarty dla turystów. Jest tam też hodowla drzew, a botanicy uczą wszystkich chętnych jak sadzić drzewa i rozdają sadzonki.

Film trwa prawie 2 godziny, bo to pełnometrażowy dokument (reżyseruje Wim Wenders, więc autor nie byle jakich produkcji), więc warto sobie zarezerwować czas na spokojne jego obejrzenie. Nie jest też raczej odpowiedni dla dzieci poniżej 10. roku życia, bo w historii z początków jego fotograficznej przygody prezentowane są wstrząsające zdjęcia z wojen i katastrof humanitarnych.

Grecka dwoistość – w rozkroku między Wschodem a Zachodem / Grecja jako część Bałkanów

Amerykański dziennikarz, podróżnik i pisarz – Robert David Kaplan – napisał książkę pt. Bałkańskie upiory. Podróż przez historię. Przez kilka lat mieszkał w Grecji. Na dodatek od końca lat 70 do połowy lat 90. zjeździł Bałkany wzdłuż i wszerz. Dlatego postawił tezę – popartą konkretnymi faktami z historii, że Grecję należy zaliczać również do krajów bałkańskich, co starał się przekazać we wspomnianej książce, z której pochodzi poniższy fragment.

To właśnie dlatego, przyjechawszy w 1990 roku do Grecji z Bułgarii, nie miałem poczucia, że opuściłem Bałkany, lecz że znalazłem się w miejscu, które najlepiej je streszcza i tłumaczy. Ikonę „wymyślili” Grecy. Cerkiew grecka była matką wszystkich wschodnich Kościołów prawosławnych. Cesarstwo bizantyjskie było w istocie cesarstwem greckim. Turcy osmańscy w wielu krajach rządzili przy pomocy Greków z Fanarionu (bogatej dzielnicy Konstantynopola), którzy często byli ambasadorami i namiestnikami w europejskiej części imperium. „Konstantynopol” to grecka nazwa historycznie greckiego miasta. Nawet jego turecka nazwa – Istambuł – jest zniekształceniem greckiego wyrażenia is tin poli, „do miasta”. W elitarnych oddziałach wojsk osmańskich, zwanych janczarami, było wielu Greków, którzy odebrani w dzieciństwie rodzicom, wychowali się w sułtańskich koszarach. Cyrylica, używana między innymi w Bułgarii, Serbii, Macedonii i Rosji, powstała na bazie alfabetu greckiego, kiedy dwaj mnisi, Cyryl i Metody, wyruszyli w IX wieku z Salonik, żeby nawracać Słowian. Współczesny naród grecki to potomkowie Greków, Turków, Albańczyków, Rumunów, Słowian oraz wielu innych plemion, które migrując na południe, zawędrowały nad ciepłe wody oblewające półwysep Bałkański. Fakt, że w Grecji przetrwało tak niewiele mniejszości, świadczy o asymilacyjnej sile przyciągania kultury greckiej. Na przykład pierwotnymi mieszkańcami wsi Suli w zachodniej Grecji oraz egejskich wysp Spetses i Hydra byli Albańczycy. „Grecja dziedzictwa klasycznego i romantycznego filhellenizmu przeminęła. Zresztą nigdy nie miała nic wspólnego z rzeczywistością tego kraju – napisał Philip Sherrard, tłumacz współczesnej poezji greckiej. – Grecja nie miała średniowiecza w znaczeniu, jakie nadajemy temu słowu, ani renesansu, ani oświecenia… Nigdy nie doświadczyła wyniesienia rozumu ponad inne aspekty ludzkiego życia”.

Grecja jest tym miejscem w Europie, gdzie Bałkany zostają całkowicie wchłonięte przez Wschód. Patrząc z drugiej strony, jest także miejscem, gdzie tlen z Zachodu zaczyna przenikać miażdżącą, abstrakcyjną logikę pustyni egipskiej i mezopotamskiej. Ostatecznie na tym właśnie polegało największe osiągnięcie peryklejskich Aten (i całego Zachodu) – na tchnięciu humanizmu, szacunku dla jednostki w nieludzkość Wschodu, którą w tamtych czasach symbolizował despotyzm Egiptu, Persji i Babilonii. W ateńskim Muzeum Archeologicznym mogłem prześledzić tę ewolucję na przykładzie majestatycznych, odpersonalizowanych posągów z wczesnej i środkowej epoki brązu, które powstawały pod wyraźnym wpływem sztuki egipskiej, lecz z czasem, stopniowo, nabierały coraz łagodniejszych rysów, przechodząc w ciągu dwóch tysiącleci niezwykłą metamorfozę; jej zwieńczeniem było wzniosłe piękno i idealizm klasycznej rzeźby greckiej.

Klasyczna Grecja pierwszego tysiąclecia przed naszą erą stworzyła Zachód, humanizując Wschód. Osiągnęła to, skupiając całą swoją energię artystyczną i filozoficzna na wyzwoleniu ducha ludzkiego, na indywidualnym dążeniu do odkrycia sensu w świecie. Tymczasem w Persji, na przykład, sztuka miała sławić wszechmocnego władcę. Grecja jednak zawsze była częścią Wschodu, choć leżała na jego zachodnich peryferiach. Dopiero widząc Grecję w jej prawdziwym orientalnym świetle, można docenić wielkość osiągnięcia starożytnych Greków.

Ponadto potraktowanie historycznej roli Grecji jako ideologicznego pola bitwy między Wschodem a Zachodem pozwala lepiej poznać mechanizm, w wyniku którego w naszych czasach zachodnia demokracja i zachodnie wartości mogą kształtować ustroje polityczne krajów Trzeciego Świata. Grecja jest niczym wieczne sito, przez które przesiewa się wzajemna agresja Wschodu i Zachodu, pozostawiając w nim swój osad.

Robert D. Kaplan „Bałkańskie upiory. Podróż przez historię” , Wyd. Czarne (2015) – fragm. str. 378-380

Prawo Jante według Norwegów

Pokolenie Iberta żyje według prawa Jante, pochodzącego z noweli Aksela Sandemose’a En flyktning krysser sitt spor napisanej w 1933 roku. Jante to duńskie miasteczko rządzące się zasadami, które Skandynawia przyjęła za własne. Według tych zasad nikt nie powinien:

  • uważać, że jest kimś wyjątkowym;
  • uważać, że jest równie dobry jak inni;
  • uważać, że jest mądrzejszy od innych;
  • wyobrażać sobie, że jest lepszy od innych;
  • uważać, że wie więcej od innych;
  • uważać, że jest kimś więcej niż inni;
  • uważać, że się do czegoś nadaje;
  • śmiać się z innych;
  • wierzyć w to, że komuś na nim zależy;
  • wierzyć w to, że może innych czegoś nauczyć.
Ten nikt to nowy, oni to społeczność z naturalną zdolnością do tłamszenia i poniżania słabszych. Według prawa Jante nie każdy jest kowalem swojego losu, bo ten los jest z góry przesądzony.

W Finnmarku wierzy się w morze, w pracę i w siebie. Jesteśmy biedni i rozrzutni, ciekawscy i tolerancyjni, naiwni i samowystarczalni, powtarzają zgodnie poproszeni o podanie jakichś cech odróżniających ich od południowców. Biedni, bo to nie oni zarabiają na łowionych i patroszonych przez siebie rybach, tylko właściciele firm z południowego zachodu kraju, którzy eksportują towar do reszty świata. Rozrzutni, bo jak już dostaną jakiś grosz, to nie po to, żeby go chować na czarną godzinę, przecież w kolejnym roku ryby mogą nie przypłynąć. Ciekawscy, bo ciągle spotykają ludzi z innych części kraju i Europy, jak to przy granicy. Tolerancyjni, bo morza i ryb wystarczy dla wszystkich. Naiwni, bo tak łatwiej w życiu, a samowystarczalni, bo i na morzu, i na śliskiej podłodze mogą liczyć tylko na siebie. To, co łączy wszystkich północnych, to też kompleks niższości i poczucie, że są niewidzialni. Zamiast jednak oskarżać innych o złe traktowanie, wypracowali autoironię, która potrafi zaskoczyć zarówno południowców, jak i cudzoziemców. To dlatego tylko ktoś z Północy mógł napisać tekst „Pieprzeni północni” i deklamować go z emfazą przy aplauzie publiczności, pomieszanym z gwizdami tych nielicznych, którzy nie zrozumieli drwiny. Północny klnie tak, że nawet bez zbitki głosek zębowych jest w stanie powiedzieć komuś wszystko o jego matce, a bycie hestkuk, czyli końskim kutasem, można tutaj odebrać albo jako obelgę, albo komplement – wszystko zależy od kontekstu lub intonacji. Północny od małego ma w głowie zdanie Det ordner seg, czyli ułoży się. W obliczu natury, która stanowi odwieczne prawo Jante Finnmarku, rzeczywiście łatwo znaleźć swoje miejsce w szeregu i nie chcieć się wychylać, bo stojąc za kimś, przynajmniej jest się osłoniętym od wiatru. Na Północy wartość człowieka od zawsze określał jego stosunek do pracy. Najlepsze, co można tu o sobie usłyszeć, to, że jest się en go’mann, czyli po prostu dobrym człowiekiem. Ibert, po latach spędzonych na rozmyślaniach, nie jest pewien, czy i jego to określenie dotyczy.
Ilona Wiśniewska „Hen. Na północy Norwegii” – Wydawnictwo Czarne, Wołowiec (2016), fragm. ze str. 41-43

O Prawie Jante pisał również Filip Springer w swojej książce pt. „Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz” (Wyd. Czarne, 2019)

Trędowaci w średniowiecznej Europie

— To dawne leprozorium, stare osiedle dla trędowatych. Wprost na północ od Rzymu. Na stokach wzgórza Aguzzo, niewielkim wzniesieniu, ale zawsze jest tam powietrze lepsze niż tutaj.

O powodach, które go zatrzymują w Rzymie, nie wspomniał więcej ani o San Sisto pod Orsino też już nie mówił. Tyle że znajduje się ono w górzystej okolicy. Natomiast o tym Lazaretto się rozgadał. W średniowieczu, kto był podejrzany o trąd, musiał w takim zamieszkać. Na terenie Włoch i nie Włoch było sporo podobnych osiedli. Dziś to jedno zatrzymało starą nazwę, chociaż już od setek lat nie spełniało swojej funkcji przytuliska dla trędowatych. Z ich dawnych zabudowań zachował się kościół pod wezwaniem Łazarza z Ewangelii św. Łukasza i hospitium. Nawet miejscowi nie pamiętali jego pochodzenia. Nazywali hospitium klasztorem, dodając, że to był klasztor srogiej reguły, w ten sposób wyjaśniając sobie, że hospitium nie miało przejścia do kościoła, a jedynie za całe połączenie metrowej długości wąski otwór, przez który ksiądz udzielał komunii zarażonym.

— I to nie każdy ksiądz — powiedział don Piolanti. — A tylko taki, który zdobywał się na tę odwagę.
— W Dekretaliach Grzegorza IX — rzekłem — jest ustęp poświęcony trędowatym.
— A to pan uczony, że pan wie — pochwalił mnie. — Ja dopiero z powodu Lazaretto zebrałem wiadomości, które panu przekazuję.

Straszna to była zaraza ten trąd. A postępowanie, by zwalczać ją i zapobiec rozszerzeniu, też okropne. Dotkniętego nie prowadzono do kościoła. Jak nad zmarłym odprawiano nad nim egzekwie. Słuchał ich leżąc z rękami złożonymi na piersi, jak trup. Potem wstawał, otrząsał głowę i nogi z ziemi, którą je przysypano, ale już nie wracał do swoich. Czy z miasta, czy ze wsi, wykreślano go spomiędzy żyjących. Mienie jego przechodziło na spadkobierców. Nie mógł ani dziedziczyć, ani świadczyć, ani nawet przez długie wieki, póki tego nie złagodzono, testamentu sporządzić, ponieważ zaliczono go do zmarłych naglą śmiercią. Z czasem obyczaj złagodniał i w tym, że wolno mu było opuszczać leprozorium. Ale w stroju specjalnym, żeby każdy z dala poznawał, z kim ma do czynienia, i z kołatką, ostrzegającą zdrowych, że dotknięty zarazą się zbliża. Bano się ich niewypowiedzianie, bo w średniowieczu kary były i na takiego, który się ich rozmyślnie czy nierozmyślnie dotknął. Niekiedy nawet, zwłaszcza w czasach paniki, musiał już odtąd dzielić ich los.

— Co za okropność! — wzdrygnąłem się.
— Minione, zaprzeszłe sprawy — odparł ksiądz Piolanti. — Dziś w Lazaretto mamy wielki, nowoczesny szpital sióstr Św. Zbawiciela. Z dawnej epoki zachował się tylko kościół i hospitium, w którym właśnie mieszkam. Kościół jest nietknięty. Wszystko z XIV wieku. Hospitium trochę wewnątrz przerobione. Zatrzymują się tam księża bawiący przejazdem w Rzymie, ot, tacy jak ja.

Tadeusz Breza – „Urząd”, Państwowy Instytut Wydawniczy (Warszawa, 1963), fragment ze stron 128-129

Buty

Niełatwo jest opisać miasto, które w 1975 roku mieszkańcy musieli opuścić pod karabinami „wyzwolicieli” w przeciągu kilkunastu godzin i mogli zabrać ze sobą tylko to, co zdołali udźwignąć. Kamera filmowa jest zresztą w tym przypadku bardziej precyzyjnym instrumentem od długopisu i notatnika. Pomocą może być tu jakiś szczegół, drobny detal, w którym – niczym w soczewce – skupi się synteza tego, co się tutaj stało.

Wiedzieliśmy już, że gdy półtora miliona mieszkańców otrzymało rozkaz opuszczenia miasta, przed ruszeniem w drogę kazano im ściągnąć buty i iść na bosaka. Jednakże dopiero ten obraz spowodował, że wszyscy w jednej chwili zadaliśmy sobie to samo pytanie: „dlaczego?”. Dlaczego niezdjęcie butów z nóg uznane zostało za jedno z najcięższych przestępstw, karane wykonywanym natychmiast wyrokiem śmierci?

W wędrówce po Phnom Penh naszej ekipie towarzyszy znany dziennikarz Wiesław Górnicki. Nie ma takiego fenomenu, którego Sławek nie potrafiłby na poczekaniu uzasadnić teoretycznie. W tym przypadku jego uwaga zdaje się być celna.

— Buty – twierdzi Sławek – były wynalazkiem kapitalistycznego szatana. Sto pokoleń azjatyckich chłopów nie wiedziało o istnieniu butów. Dopiero epoka kolonializmu uświadomiła prostym ludziom, że stopy można odziewać w skórę zwierzęcą. Dlatego też buty jako fakt społeczno–ekonomiczny należało zniszczyć. Chodziło o to, by wydelikacone stopy mieszkańców miast poznały trud chłopskiego dreptania, nawiązały kontakt z matką ziemią, nabrały rewolucyjnego hartu. Ci ludzie mieli przejść po sto, dwieście kilometrów. Przez infekcję poranionych stóp przyroda w sposób naturalny dokonać miała darwinowskiej selekcji. Brak butów miał być także skutecznym środkiem stymulowania superkolektywizmu. Bosy człowiek nie ujdzie zbyt daleko od komuny, do której został przypisany na resztę życia.

Wieczorem w hotelu porządkuję notatki. Z fragmentarycznych zapisków jak w mozaice układa się obraz tego, co w kwietniu 1975 roku stało się w Phnom Penh.

Zbigniew Domarańczyk – „Kampucza, godzina zero”, Dowody na Istnienie (2015), str. 72-73

Linearny System Ciągły

                W 1972 roku (Zofia i Oskar Hansenowie) opracowują Linearny System Ciągły, koncepcję urbanistyczną, która ma odmienić życie mieszkańców Polski, a potem świata. Dziś Zofia mówi, że pomysł był Oskara. On sam wielokrotnie podkreślał, że pracowali nad nim wspólnie. Tak czy inaczej – koncepcja LSC zrywa z centrycznymi miastami, których średnica z roku na rok powiększa się, nie gwarantując ludziom równego dostępu do usług i dóbr kultury zlokalizowanych w ich środku.

– Wtedy był renesans, artyleria i mury, cały czas adaptujemy tamten system – narzeka Oskar. – System linearny ułatwi człowiekowi kontakt z wielką liczbą, ale tak jak on chce, bez konieczności nieustannego przebywania w tłoku, tak jak jest to w centrycznym mieście.

Hansenowie proponują powiązanie polskiego wybrzeża z górami czterema pasmami zabudowy (Wschodnim, Mazowieckim, Zachodnim I i Zachodnim II). Każde z nich ma przebiegać wzdłuż największych polskich rzek, bo to właśnie one gwarantują najlepszy przepływ powietrza. Pomiędzy nimi znajdować się mają tereny rolnicze, lasy, obszary przeznaczone na rekreację i turystykę. Dopiero za taką naturalną strefą buforową umieszczone zostaną najbardziej uciążliwe zakłady przemysłowe i instytuty badawcze. Za nimi znowu natura – lasy i pola, i wreszcie następne pasmo zabudowy mieszkaniowej zamieszkane przez od dziesięciu do piętnastu milionów ludzi. Wszystkie te pasma połączone są z sobą bezkolizyjną komunikacją poprzeczną, ich szerokość jest warunkowana parametrem trzydziestominutowego dotarcia do pracy. Komunikację wzdłuż osi północ – południe ma zaś zapewniać Szybka Kolej Miejska i drogi.

Hansenowie chcą przemeblować całą Polskę, ale nie chcą niczego burzyć. Proponują, by zachować zabytkowe miasta i włączyć je do systemu. Zmniejszając zaludnienie, umożliwi się korzystanie z ich walorów tym, którzy w nich pozostaną.

Mieszkańcy Linearnego Systemu Ciągłego żyć będą między wysokiej klasy cywilizacją, a otwartymi terenami zielonymi. Będą otwierać okna i patrzeć na sarny biegające na skraju lasu. Potem wyjdą z domu, przejdą sto metrów i wsiądą do kolejki, która powiezie ich do pracy albo w odwiedziny do przyjaciół.

Koncepcja jest odważna, nie jest jednak czymś zupełnie nowym, podobne pomysły pojawiały się już wcześniej. W 1966 roku krakowski architekt Włodzimierz Gruszczyński zaproponował Miasto Wstęgowe Sprzężonej Komunikacji. Kilka lat później na Politechnice Warszawskiej powstaje koncepcja Systemu Koncentracji Liniowej, czyli gigantycznego miasta ulokowanego wzdłuż doliny Wisły, łączącego Warszawę, Płock, Włocławek i Bydgoszcz. Wszystkie te pomysły nie wyszły jednak poza fazę koncepcji. A Hansenowie, ogłaszając swój Linearny System Ciągły, mieli go już w części wybudowany.

Jeśli spojrzeć bowiem na mapę powstałego dziesięć lat wcześniej osiedla Słowackiego w Lublinie, z łatwością można stwierdzić, że kompleks ten idealnie wpisuje się w pasmo Wschodnie LSC. Co więcej – Hansenowie na zlecenie władz przygotowują też koncepcję rozbudowy Przemyśla oraz opracowują studium dla Ursynowa Północnego. We wszystkich tych opracowaniach forsują wizję miasta linearnego.

Gdy LSC zostaje ogłoszony, większość specjalistów puka się w czoło. Nazywają Hansena utopistą. Zygmunt Skibniewski grzmi, że LSC nie pomoże nawet największy z poetów. Nawiązuje przy tym do Juliana Przybosia, który na łamach prasy zachwyca się koncepcją Hansena i wzywa posłów do zapoznania się z nią. Ostatecznie LSC nie wychodzi poza fazę projektów, jest jednak odpowiedzią na problemy, jakie zaczynają dotykać polskie miasta.

– Do dziś sobie z tymi problemami nie poradziliśmy. Pomysł Hansena to oczywiście była utopia – uśmiecha się profesor Konrad Kucza-Kuczyński – ale jakże to było szalone, porywające i jednocześnie logiczne. Dziś nikt już takich utopii nie wymyśla.

Filip Springer „Źle urodzone”, Wydawnictwo Karakter 2017 (wydanie 2) – str. 292-293 (rozdział pt. „List do Oskara Hansena”)

Urban sprawl – suburbanizacja

To, co w ciągu ostatnich dwudziestu lat wydarzyło się na warszawskiej Białołęce, naukowcy nazwali już dawno – to urban sprawl, czyli rozlewanie się miasta. Ten mechanizm jest dość prosty. Boom gospodarczy powoduje bogacenie się społeczeństwa. Coraz więcej rodzin myśli o kupnie własnego M, najlepiej na cichych i spokojnych przedmieściach. Zresztą w centrach miast zaczyna brakować działek pod budownictwo mieszkaniowe, deweloperzy rozglądają się więc po obrzeżach. Szybko powstają idylliczne osiedla, bardziej z nazwy niż lokalizacji. Idylla trwa dwa, trzy lata. Bo na przedmieściach mieszkać chcą jeszcze inni. Buduje się więc następne osiedla, trochę dalej, bardziej na obrzeżach.

Pojawiają się pierwsze problemy – bo z tych obrzeży trzeba dojechać, infrastruktura rozwija się jednak wolniej niż budownictwo. Komunikacji miejskiej brak, więc rodziny kupują samochody, samochody grzęzną w korkach, mieszkańcy zaczynają protestować. Zwłaszcza ci, którzy sprowadzili się tutaj pierwsi. Ich ciche osiedla przestały być ciche. Władze w końcu poszerzają drogę, deweloperzy wykupują grunty wzdłuż niej, reklamując swoje inwestycje jako doskonale skomunikowane z centrum. Wprowadzają się nowe rodziny, kupują kolejne samochody, grzęzną w jeszcze dłuższych korkach. Kolejne protesty, kolejne osiedla. To właśnie urban sprawl.

– Samo pojęcie powstało w Stanach Zjednoczonych i właściwie tylko tam mamy do czynienia z jego klasyczną odmianą – wyjaśnia doktor Michał Beim, urbanista z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – W Polsce rozlewanie się miast określamy raczej jako suburbanizację. Mechanizmy są jednak dość podobne.

Filip Springer „Źle urodzone”, Wydawnictwo Karakter 2017 (wydanie 2) – str. 191 (rozdział pt. „Drzewa” o osiedlu Sady Żoliborskie na warszawskim Żoliborzu, zaprojektowanym przez architektkę prof. Halinę Skibniewską)